O. Franciszek Martyna SVD

O. Franciszek Martyna SVD

Na misje na Filipiny wyjechałem w 1987 roku, z przerwami przebywałem tam do 2003 roku. Zobacz zdjęcia

Na Filipinach Werbiści pracują w trzech prowincjach misyjnych: Północna, gdzie językiem głównym  obok angielskiego jest Ilocano, Prowincja Południowa  z językiem Cebuano i Prowincja Centralna (Manila), gdzie językiem urzędowym jest Tagalog, język narodowy Filipin.  Język Tagalog jest językiem mówionym w stolicy Manili  i jako taki został niejako narzucony pozostałym grupom etnicznym. Przez cały okres mego pobytu na Filipinach pracowałem w Prowincji Centralnej.

Po krótkim kursie języka Tagalog moją pierwszą placówką misyjną była parafia Sablayan na wyspie Mindoro, a następnie także jako wikariusz pracowałem w parafii w Mamburao, także na tej wyspie. Moje wspomnienia i wrażenia z tego czasu i tych miejsc, to fascynacja nowym środowiskiem, ludźmi ich zwyczajami i sposobem życia.

Najbardziej pamiętam zwyczaje Wielkiego Tygodnia. Filipińczycy bardzo dosłownie i realnie przeżywają do dzisiaj Mękę Pańską. Tam pierwszy raz spotkałem się z tak zwanymi  „flagelantes”  lub filipińska nazwa „Penitencia”. To nic innego jak  biczownicy. W okresie wielkiego postu, młodzi ludzie, mężczyźni w ramach pokuty się biczują. Dniem szczególnym jest Wielki Piątek. Wcześnie rano młodzi ludzie wyruszają na ulice miasteczka, z rzemiennymi biczami w rękach, z zakrytymi twarzami. Chodzą po ulicach i się biczują i tak aż do wieczora, po południu przychodzą do kościoła i tam leżą twarzą do ziemi, wyznając swoja winę.

Kościół jakkolwiek toleruje ten obyczaj to nie zaleca go  swoim wiernym, wskazując na inne środki pojednania z Bogiem, jak modlitwa czy sakrament pokuty. Ciekawiło mnie jak to się dzieje, że ci ludzie nie dostają żadnego zakażenia, ich plecy naprawdę są bardzo poranione od tego  biczowania. Jeden z pątników wyznał mi, że najlepszą metodą aby uniknąć komplikacji zdrowotnych to wieczorem kąpiel w słonym Morzu Chińskim i kilka butelek piwa, aby ukoić ból. Cóż, co kraj to obyczaj.

Innym zwyczajem wielkotygodniowym na Mindoro w parafii gdzie pracowałem, to w wielki piątek wiele kobiet niosło prawdziwe i ciężkie krzyże w czasie procesji, która trwała kilka godzin. Trzeba pamiętać, że to był tropik, gorąco, wilgotno i wszechobecny kurz. Jednak to nie przeszkadzało wcale, bardzo wielu kobietom chodzić z ciężkim krzyżem po miasteczku. Jest też tradycja w domach filipińskich katolików, w okresie Wielkiego Postu śpiewać Mękę Pańską. Muszę uczciwie przyznać, że zadziwiał mnie, pozytywnie sposób przeżywania wiary przez Filipińczyków.

W parafii Sablayan przeżyłem niecodzienne doświadczenie, które zapamiętałem na całe życie. W jeden dzień, siedząc z proboszczem już świętej pamięci o. Caoli SVD przy popołudniowej kawie, zostaliśmy zaalarmowani przez grupę naszych parafian, że jedna z członkiń grupy charyzmatycznej jest opętana przez złego ducha. O. Caoli poprosił mnie abym ja się tym zajął. „Uzbrojony” w święconą wodę, krzyż misyjny, wraz z grupą modlitewną udaliśmy się na miejsce wydarzenia. Włosy zjeżyły mi się na głowie, kiedy zbliżaliśmy się do domu gdzie przebywała opętana dziewczyna, usłyszałem bardzo głośny i gniewny krzyk w języku Tagalog „marami kami” co się tłumaczy „jest nas wielu”. Kiedy weszliśmy do mieszkania, ujrzałem tłum ludzi, a w środku leżąca dziewczyna trzymana przez kilku  mężczyzn, z pianą na ustach prawie nieprzytomna i rzucająca się wściekle.

Razem z grupą rozpoczęliśmy modlitwy o uwolnienie, poprosiłem też członków grupy o obietnice postu w intencji o uwolnienie tej kobiety. Po dość długiej chwili i prostym egzorcyzmie, kobieta leżąca na ziemi jakby się przebudziła. Zapytała gdzie jest i co się z nią stało. Widać było, że nasza modlitwa zakończyła się sukcesem. W rozmowie wyznała mi, co się z nią stało. Otóż Filipińczycy wierzą, że w niektórych drzewach, pamiętam do dzisiaj nazwę „balete tree” mieszkają złe duchy. Ona poszła pod takie drzewo, chcąc doświadczyć złego ducha, i wtedy coś w nią wstąpiło.  Zaraz następnego dnia łódką pojechaliśmy pod to drzewo, rosło nad rzeką, poświeciłem miejsce i drzewo wodą święconą, odmówiliśmy różaniec, aby w tym miejscu nikomu już nic złego nie mogło się przydarzyć.  Cóż, i takie doświadczenia czekają na tych, którzy decydują się na głoszenie Chrystusa.

Następną moją placówką misyjną była praca, jako „campus minister”, najpierw w Divine Word College in Legazpi City, a następnie w University of the Philippines  (UP) w Los Bańos, Laguna. Inny charakter pracy, tym razem z młodzieżą i studentami. Zajęcia polegały na sprawowaniu dla nich mszy świętych, posługi sakramentu pokuty, poradnictwa i wykładów katechetycznych. Mile wspominam ten czas. Okazało się, że ich problemy nie odbiegają za bardzo od tych, jakie mają młodzi z Europy.  Był też czas na zwiedzanie okolic. W Legazpi City największą atrakcją jest oczywiście wulkan Mayon, o wysokości  2463 metrów. Trzy razu udało mi się zdobyć szczyt tego wulkanu wraz z grupą lokalnych fanów wspinania się po górach. Wejście na szczyt wraz z drogą powrotną trwa 3 dni. Zaczyna się wspinaczkę praktycznie od poziomu morza, z sobą trzeba wziąć prowiant i wodę na trzy dni.

Dodatkową „atrakcją” jest czynny wulkan, który w każdej chwili może wybuchnąć. 7 maja 2013 roku wybuch w trakcie wspinaczki zabił pięciu turystów z Niemiec i Filipińskiego przewodnika. W czasie moich wspinaczek na szczęście do wybuchu nie doszło, do dziś pamiętam mszę sprawowaną na szczycie Mayon, blisko dymiącego siarką krateru. To były nie zapomniane chwile.

Trzecią formą mojego zaangażowania w pracy misyjnej na Filipinach była praca dydaktyczna w Misyjnym Seminarium Duchownym w Tagaytay City, w prowincji Cavite. Przez kilka lat dla czwartego roku studentów teologii wykładałem teologie pastoralną i socjologię religii. Seminarium to, jest własnością Werbistów i prowadzone jest przez nasze zgromadzenie. Mamy też studentów z okolicznych diecezji oraz Ruchu Focolari. Wykłady były prowadzone w języku angielskim, studenci bardzo pilni i odpowiedzialni, biblioteka seminaryjna bardzo dobrze zaopatrzona.  Do dzisiaj utrzymuję kontakt z niektórymi studentami, dzisiaj już misjonarzami Zgromadzenia Słowa Bożego.

Pracując obecnie w Polsce, bardzo sobie cenię moje misyjne doświadczenia. W pewien sposób ukształtowały one mój sposób widzenia Kościoła, świata i najważniejszego zadania jakie stoi przed chrześcijaninem, głoszenie,  że  Jezus jest naszym Panem i Zbawicielem.

 

O. Franciszek Martyna SVD