List Misyjny - o. Józef Gwóźdź SVD - Kostaryka

Drodzy Przyjaciele Misji!

Serdecznie pozdrawiam z Kostaryki.

Kiedyś na czuwaniu młodzieży w Pieniężnie, biskup Edward Dajczak bardzo pięknie tłumaczył młodym, czym jest adoracja. Oto niektóre z Jego słów:

„... przeczytałem kiedyś tekst o Karolu de Foucauld, o tym jak szukał Jezusa.
W swojej fazie nawrócenia pracował jako ogrodnik u Sióstr w Nazarecie.
Nic mu nie szło. Mówił, że było tak sucho, drętwo. Wciąż robił to samo.
Bardzo wcześnie rano czekał aż siostry otworzą kaplicę. Wchodził i trwał na Adoracji. Mówił o tym: pusto, cicho, bez słowa, prawie martwo.
Ale nie mógł już bez tego żyć..."

Wtedy, kiedy to przeczytałem, byłem w seminarium. Wszedłem do kaplicy, zamknąłem za sobą drzwi, otworzyłem tabernakulum i prawie przez dwie doby nie wychodziłem.
Najpierw było tak, że zaczęło mnie wszystko boleć. Cisza. Tak jakby wszystko zawisło. Wiedziałem tylko, że nie wolno mi mówić.
Być, po prostu być. Powtarzałem w myślach Jezusowi: Jestem tu dla Ciebie, nic Ci nie umiem powiedzieć. Jestem. A potem nagle zaczyna się dziać coś dziwnego, nie można już wyjść, żal każdej chwili.

W ubiegłym roku jako Werbiści rozpoczęliśmy pracę na Kostaryce. Przed objęciem nowej parafii na wybrzeżu Pacyfiku, tutejszy biskup poprosił nas o pomoc w parafii, która składa się z 45 wiosek, gdzie pracuje tylko jeden ksiądz. I w ten sposób przypadkowo znalazłem się w miejscowości Carmona na Półwyspie Nicoya.

Spotkałem się tutaj z czymś, co mnie bardzo zaskoczyło i zarazem zachwyciło. Adoracja Najświętszego Sakramentu.. Pojawił się tutaj kiedyś argentyński misjonarz, który dając ludziom solidną formację nauczył ich być z Jezusem. Od tego momentu minęło już sporo czasu a kaplica dniami i nocami nigdy nie jest pusta.

Przychodzą adorować Pana Jezusa ludzie, którzy są strudzeni pracą, zmęczeni życiem, ludzie, którzy mają małe dzieci, prowadzą firmy lub są ich pracownikami, młodzi bez perspektyw i schorowani staruszkowie.
Przychodzą, aby usiąść w zacisznej kaplicy i trochę pobyć z Jezusem. Podobnie jak Karol de Foucauld już nie potrafią bez NIEGO żyć!

Mówi się o ludziach z Ameryki Łacińskiej, że są bardziej „sercowi", emocjonalni. Jakby język serca był dla nich bardziej prosty. I to prawda. A może oni wkroczyli na nieco wyższy próg wiary, modlitwy, medytacji i kontemplacji? Dlaczego dla wielu z nas ciągle bywa to nieraz tak bardzo trudne? Być może nie umiemy być, słuchać sercem i to jest kłopot. Wydaje nam się, że wszystko trzeba wziąć na głowę i na rozum.

Zakończę również słowami bp. Dajczaka: „Spróbujcie trochę pobyć z Jezusem. Zaryzykujcie. To tak jak z chodzeniem po Tatrach. Jest strach, jest trud, ale trzeba pokonać siebie. Inaczej nigdy nie będziecie wiedzieli jak to jest stanąć na szczycie. Tego się nie da wytłumaczyć jak tam jest. Trzeba to przeżyć, trzeba tam wejść. Każdy z Was, kto zaryzykuje takie spotkanie, będzie wiedział, o co chodzi".

Nie wiem, w jaki sposób, ale ludzie, wśród których teraz przebywam przetrzymali trud wspinaczki i wielu z nich każdego dnia lub nocy cieszy się radością życia duchowego, radością zakochania w Bogu i po prostu bycia z NIM.

W miłości Słowa Bożego