List Misyjny - o. Sławomir Rzepka SVD - Brazylia

Drodzy Przyjaciele Misji!

Serdecznie pozdrawiam z Brazylii. Jestem misjonarzem, werbistą, powracającym prawie po dwu letnim pobycie w Polsce, do siebie tzn. do Brazylii – na misje. Wróciłem do Europy podreperować zdrowie. Był to czas pytań. Szczególnie jedno: „Czego chcesz ode mnie Panie?"

W Brazylii jest takie powiedzenie „arroz e feijao" (ryż i fasola) to podstawowe jedzenie, ale też, gdy coś się ciągle powtarza zwykło się mówić znów arroz e feijao – „chleb powszedni". Czasami jesteśmy tak przyzwyczajeni do jednej potrawy, że możemy zjeść cokolwiek innego a i tak będziemy niezaspokojeni. Dopiero z czasem potrafimy dostrzec wartość innego pożywienia, docenić jego smak i bogactwo, aby wreszcie zmienić jadłospis. Tyle piszę o jedzeniu, ale tak łatwiej wyrazić mi to, co chcę powiedzieć! Nie zauważyłem, że Bóg podsyła mi inne smaczne pożywienie, że zmienia mój jadłospis, że chce mi dać coś pożywniejszego! Byłem tak bardzo przyzwyczajony do „chleba powszedniego", do pracy na mojej amazońskiej misji, że nic innego do mnie nie docierało. Dopiero z czasem dostrzegłem i doceniłem smak i bogactwo, którym Pan próbował mnie nakarmić. Był nim czas choroby, słabości, zależności, niedołężności i bezradności. Czas ogromnej samotności i czas doświadczenia, ale również czas spotkania cudownych ludzi: biednych, bezrobotnych, samotnych, rzuconych poza margines społeczeństwa. Spotkanie ludzi niepotrzebnych!

Przypomina mi się scena rozgrywającą się w jednej ze wspólnot z lasu. To najbardziej oddalona wspólnota w mojej misji – 130 kilometrów od bazy. Aby dotrzeć do zagubionej w puszczy wspólnoty, ostatnie kilometry trzeba było przejść w wodzie po szyję (2–3 godziny marszu). Lubiłem tam zachodzić. Traktowano mnie jakbym był dla nich skarbem, kimś, kto pomaga im zachować wiarę w ich własne człowieczeństwo. Było tam tylko 11 rodzin, wśród nich Dona Iracema z mężem. Mieli 3 synów, a najstarszy to Canela (piszczel). Canela – młodzieniec o wzroście 190 był silny jak tur. Chociaż straszny rozbójnik, pierwszy do bijatyki, zawsze brał udział w naszych spotkaniach i we Mszy Świętej. Gdy zauważyłem, że brakowało go na przedostatniej wizycie, matka z nieukrywaną dumą odpowiedziała mi: mój syn jest o 300 kilometrów stąd w głębokim lesie. Jeśli wykarczuje i zagospodaruje kilkanaście hektarów lasu i uda mu się przeżyć, to zostanie właścicielem tej ziemi i tam założy rodzinę.

Podczas mojej ostatniej wizyty we wspólnocie pojawił się Canela. Zmarnowany, wychudzony, jednakże szczęśliwy. Przywitał mnie słowami: Padre, dziś przyszedłem się pożegnać, poprosić o błogosławieństwo, przyjąć Komunię Świętą i z Panem Jezusem rozpocząć nowe życie w głębokim lesie. Myślę, że to cudowne! Na zakończenie Mszy Świętej, wszyscy udzielili błogosławieństwa młodzieńcowi.

Nagle do szopki, tzn. naszej kapliczki wszedł pijany mężczyzna. Nikt go nie znał! Zaczął wyzywać, bluźnić i krzyczeć! Nagle mój przyjaciel Canela wraz z bratem podeszli do niego. Pomyślałem, że teraz to dopiero wybuchnie bójka, ale o dziwo oni grzecznie poprosili intruza, aby wyszedł i nie przeszkadzał, że później porozmawiają. Wychodząc z kapliczki po Mszy Świętej, usłyszałem świst w powietrzu i zobaczyłem upadającego mężczyznę. Oberwał wielkim kamieniem w głowę, jednak wstał cały zalany krwią i uskoczył w las. W tej samej chwili Canela, co sił w nogach rzucił się biegiem do domu. Zobaczyłem przerażenie w oczach matki, strach, lekki niepokój malował się na twarzach zebranych i jedno zdanie: Canela go zabije! Nikt się nie ruszył. Pobiegłem za Canelą.

Do jego chatki było z 5 km, kiedy tam dobiegałem Canela już wracał z dubeltówką na plecach. Stanowczym głosem powiedział: Padre, przyjacielu odejdź! Zraniłem muszę zabić! Przerażające uczucie, nigdy wcześniej się nie spotkałem z takim zdaniem w stosunku do człowieka. W ten sposób mówi się o niebezpiecznych zwierzętach! Zacząłem przekonywać Canelę na wszystkie świętości, że jak go zabije, straci ziemię i to wszystko, co wypracował! Za zabójstwo czeka go więzienie. Jednakże on dalej powtarzał: Padre, zraniłem muszę zabić!!! Kiedy nie znalazłem już żadnego trafnego argumentu nagle nie wiadomo skąd przyszło mi do głowy – padłem na kolana przed moim przyjacielem błagając o życie pijaka.

W tym momencie stał się cud. Canela wypuścił broń, ukląkł obok mnie i zaczął płakać. Kiedy wstaliśmy, poszliśmy do jego chatki, gdzie umeblowanie stanowiły 4 kłody na ubitej ziemi zamiast krzeseł, pośrodku podobny stół i aluminiowy czajnik z kawą na glinianym piecu. Weszliśmy do domu, usiedliśmy na kłodach i zapanowało milczenie, ale nie byliśmy sami, było nas Troje. Bóg również gościł w tej chatce. Po długiej ciszy Canela odezwał się: wiesz, dlaczego płaczę? Kiedy upadłeś na kolana uprzytomniłem sobie, że to wszystko, po co tu dziś wróciłem, co zyskałem, mogłem tak łatwo stracić. Przyszedłem po błogosławieństwo, przyjąłem Pana Jezusa, a przez jeden głupi krok mogłem to wszystko zaprzepaścić. Dodał: „wiesz, dlaczego rzuciłem w niego kamieniem? Kiedy wychodziliśmy z kaplicy wyzywał od najgorszych moją matkę. Mógłby to zrobić każdemu innemu, ale nie jej! Biedna starowinka straciła zdrowie, abyśmy mieli, co jeść." Po tym znowu zapadła długa cisza, cisza, która była modlitwą.

Wkrótce do chatki wszedł zdyszany ojciec i brat, ale nikt nie przerwał milczenia. Nagle spadł deszcz - 15 minutowa ulewa, która tak nagle się skończyła jak się zaczęła. W pierwszych promieniach słońca, gdy ostatnie krople spadły z gałęzi, do chatki weszła Dona Iracema, matka. Była to zgarbiona, wymęczona nadludzką pracą kobieta o pogodnej twarzy. Spojrzała na nas czterech, w ciszy podeszła do Caneli, ucałowała go w czoło i powiedziała tylko jedno słowo: SYNKU!

Chciałbym was zaprosić, byście padali na kolana, prosząc o pokój. Nie pozwólmy się sparaliżować niemocy, bezradności. Nie bądźmy niemymi obserwatorami. Jest już rano i czas wstawać. Za oknem świta! Zaczyna się nowy dzień! Idę, więc spróbować, jaki przysmak na dziś przygotował mi Bóg. Proszę Was o modlitwę i obiecuję, że ja o was pamiętam.